wtorek, 19 maja 2009

pomidory z Internetu

Coraz bardziej powszechne jest kupowanie książek czy elektroniki przez Internet (choć należy tu zauważyć, że znaczna część klientów, gdy jest taka możliwość odbiera zamówione produkty w lokalnym sklepie). Tego typu zakupy są już czymś naturalnym.

Zakupy produktów spożywczych przez Internet nie są tak bardzo popularne. Ten segment ma jednocześnie największy potencjał rozwoju. O ile zakupy ubrań czy obuwia mogą budzić niechęć (trudno sprawdzić jak będzie dana rzecz "leżeć" na ciele), o tyle w przypadku produktów spożywczych takiego problemu nie ma. E-zakupy pozwalają zaoszczędzić czas, energię i pieniądze (wydane na paliwo).

Barierą dla klienta raczej nie jest czas dostawy - produkty przywożone są nawet w ciągu 4 godzin. Barierą mentalną może być konieczność wydania większej sumy na raz (min. 100 lub 150 zł) aby dowóz był darmowy. W gruncie rzeczy ta bariera jest pozorna, ponieważ robiąc e-zakupy raz na tydzień można lepiej je rozplanować i w rzeczywistości wydać nawet mniej niż podczas codziennych zakupów. Argumentem przeciwko e-zakupom może być konieczność odwiedzania codziennie sklepów lokalnych w celu zakupienia świeżego pieczywa.

Ten problem można rozwiązać na kilka sposobów - można kupować pieczywo chrupkie (rozwiązanie dla nielicznych), można pieczywo mrozić i wyjmować codziennie "porcję" na następny dzień (metoda odkryta niedawno - pieczywo rozmrożone nie traci swojej świeżości), można też zorganizować codzienne dostawy bułek do domów (np. w porozumieniu z piekarzem, który dowozi codziennie rano bułki większej liczbie osób w zamian za niewielkie dodatkowe wynagrodzenie).

Wracając do tematu e-zakupów. Jestem ich zwolennikiem od dobrych kilku lat. Tu gdzie mieszkam tylko jeden sklep świadczy tego typu usługi (Piotr i Paweł). Nie narzekam jednak - produkty są dostarczane na czas, dobrze zapakowane (w duże kartonowe pudła), zawsze świeże. Płacić można gotówką przy odbiorze, kartą przy odbiorze lub kartą on-line. W Warszawie jest większa konkurencja (więcej e-sklepów spożywczych), w innych miastach nie wiem.

Zakupy produktów spożywczych on-line są jednak tak wygodne, że przewiduję szybki rozwój tego typu sklepów w całym kraju.

poniedziałek, 18 maja 2009

Twój kot kupowałby...


Wizerunek Whiskasa w Internecie jest fatalny. Większość opiekunów kotów zdążyła się dowiedzieć że jest to najgorszy syf (nie różniący się od karm marketowych, oraz najbliższej konkurencji czyli Kite-Kata i Darling). Prawie każdy kto zaglądał na forum kocie wie, że karmy te mają ok. 4% mięsa (dla typowego mięsożercy jakim jest kot to zdecydowanie za mało), oraz mnóstwo chemii poprawiającej smak i zapach. Najczęściej pojawia się porównanie typu „Whiskas jest jak MacDonalds. Smakuje dobrze, ale jedzenie go non stop jest zdecydowanie niezdrowe”.

Właściwie tego wpisu tu nie powinno być, ponieważ zgadzam się z tym w 100%. I sama uważam, że Whiskas to nie jest to, czym powinien odżywiać się mój kot. Jest jednak małe „ale”. Kot to wybredne zwierzę i nie zje tego co ja uważam, że jest dla niego dobre, tylko to co sam chce. Sprowadza się to do tego, że je właśnie saszetki Whiskasa (z zaledwie 4% wołowiny), oraz piersi z kurczaka – ale tylko bardzo świeże i wyłącznie surowe. Taką dietę przeplata chrupkami – wyłącznie jednej marki i tylko jednego rodzaju (dla bardzo wybrednych kotów). Gdy jednak któregoś z tych składników diety brakuje kot podnosi bunt. Miauki kuchenne stają się wyjątkowo natarczywe (nie proszące, lecz żądające), a sam kot zaczyna głodówkę, której nie przerywa dopóki nie dostanie tego co chce.

Próby wprowadzenia domowego jedzenia szybko wybił mi z głowy. Drogie i dobre (w moim mniemaniu) karmy - nietknięte, z łaski powąchane - lądowały u dzikusów.

Kiedyś myślałam, że opiekun kota jest w grupie docelowej producentów karmy. Przekonałam się, w jakim byłam błędzie. To same koty są w tej grupie docelowej. Co z tego, że to ja robię zakupy, jeśli to kocisko decyduje co mam mu kupić? Z kotem nie wygram. Kot to nie pies i nie zje wszystkiego ;-).

Fakt, że każdy kot jest inny. Ich preferencje też się różnią. Niektóre zjedzą wszystko co im się poda. Większość będzie jednak wybrzydzać.

Jakże przenikliwie brzmi w tej sytuacji hasło reklamowe wspomnianej karmy dla kotów: „Twój kot kupowałby…”.

Wyższość kota nad psem

Ulubiony fragment z pisarstwa Jerzego Pilcha "dowodzący" wyższości kotów nad psami.


"Obserwuję bacznie matczyne psy i nie mam cienia wątpliwości: w znaczeniu ewolucyjnym pies w stosunku do kota jest dobrych kilka miliardów lat do tyłu. Kiedy starożytne koty refleksyjnie wygrzewały się na murach Akropolu i Koloseum, psy w najlepszym wypadku mieszkały w platońskich pieczarach. (Najwybitniejsze psie jednostki być może w poszukiwaniu bursztynu grzebały w piachu nad Bałtykiem).

Kotu o coś uniwersalnego - poza żarciem - w życiu chodzi. Psu chodzi wyłącznie o żarcie. Kot nieustannie poznaje i studiuje rzeczywistość, pies ją oszczekuje tępo. Kot ma własną wizję świata, pies takiej wizji nie ma. Kot jest panem, pies jest niewolnikiem. Kot jest nadbudowa, pies jest baza. Kot ma pysk wredny, ale inteligentny, pies ma mordę poczciwą ale debilną. Kot jest wymagającym partnerem człowieka, pies jest jego ślepym i podatnym na upokarzające tresury lokajem. Pies nie ma tożsamości, ponieważ pies nie tylko chce być z człowiekiem, pies po prostu chce być człowiekiem, pies chce być ściśle jak człowiek. Kotu tego rodzaju upokarzająca i utopijna metamorfoza nawet do głowy nie przyjdzie. Kot chce być kotem. Kot ma wyraziście rozwinięte poczucie tożsamości, ma on też - w przeciwieństwie do psa - godność swej tożsamości. Kot jest królewskim przykładem istnienia spełnionego, pies jest wiecznym niespełnieniem, ucieleśnieniem odwiecznej, trywialnej skargi, iż nigdy nie jest się tym, kim by się chciało być.

Skuteczna tresura, w rezultacie której pies zaczyna wykonywać paraludzkie czynności, powinna być obwarowana zakazami prawnymi i religijnymi. Jest to przykład złowieszczej uzurpacji człowieka próbującego bezbożnie kształtować przyrodę na swoje podobieństwo i czerpiącego z tej uzurpacji dwuznaczne rozkosze. Jeśli człowiek jest panem stworzenia, to przysposabianie psa do człowieczeństwa i czynienie z niego przez to quasi-pana stworzenia jest aktem bluźnierczym. Posiadać zwierzę i zachwycać się tym, że to zwierzę się uczłowiecza, że się, nie daj Panie Boże, upodabnia do nas, to jest przecież przejaw zwykłego zwyrodnienia. Gdybym miał psa i gdyby ten pies (co w przypadku psa jest nieuniknione) upodabniał się do mnie, miałbym silne poczucie, że zwierzęciu dzieje się nieodwracalna krzywda. Z całą pewnością nie odczuwałbym cienia satysfakcji, cienia przyjemności. Może ktoś mi powie, bo sam nie wiem, może ktoś mi powie, jaka to byłaby przyjemność oglądać od samego rana zionące spirytualiami, wiecznie skacowane bydlę o roztrzęsionych łapach? Jaka to jest satysfakcja mieć koło siebie stworzenie skłonne do studziennych depresji, swoimi sprawami wyłącznie zajęte i pod pretekstem, że magnez wypłukany, wyżerające całą czekoladę z kredensu? A na jaką jasną cholerę byłby mi zramolały kundel z nadwagą samczący się obleśnie na widok każdej wyczesanej i zadbanej suczki?

Niepodległy niczemu kot nie przejmie naszych przypadłości, nie upodobni się, zachowa tożsamość, a zachwyt dla jego doskonałości będzie jak katharsis. Po paru latach, jakie od dnia stworzenia przeszły, dziś już jasno widać, że Panu Bogu poza kotami nic się do końca nie udało. Koty są stworzeniami skończonymi, reszta świata, łącznie z psami, jest wadliwa. Taki jest obiektywny stan rzeczy i daremnie jest, i nie należy nań się uskarżać. Nie należy też z tego co piszę wyciągać pochopnego wniosku, jakobym miał jakieś osobiste kynologiczne urazy, bo ich nie mam.

Trzymam się obiektywizmu oraz dzielę obserwacjami czynionymi na przykładzie pary matczynych, żyjących w wiecznej nienawiści suk. Psy te, jak sądzę, w towarzystwie mojej toksycznej matki czują się świetnie, ponieważ same są toksyczne i bliskie im są obosieczne zasady: bezwzględnej podległości, ślepego posłuszeństwa i całkowitego uzależnienia. Kot nie czułby się tu dobrze, kot nie chciałby tu sprawować władzy, bo kot żyje wedle zasad niepodległości, niezależności i wolności.

Pies preferuje system represyjny, kot demokrację. Pies to jest ustrój totalitarny, kot to jest seks partnerski. Kot jest synonimem, symbolem i ucieleśnieniem Niezależności."

Zły Janosik

Pomysł Janosika czyli "Zabrać bogatym, oddać biednym" to pomysł najgorszy z możliwych w przypadku gdy Janosikiem jest "Państwo". Dlaczego? Bo biednieją wszyscy. Bogaci tracą motywację do bogacenia się (przynajmniej takiego legalnego) i schodzą do szarej strefy (bo im więcej państwo zabiera z tego co zarobią tym większe ryzyko związane z nielegalną działalnością się opłaca), a biedni paradoksalnie również się nie bogacą, bo tracą do tego motywację (skoro dostają coś za nic, to nie ma sensu się wysilać, żeby to samo lub niewiele więcej zdobyć ciężką pracą).

A co gdyby wszystko odwrócić? Obecnie w Polsce średnia krajowa to niewiele ponad 2000 netto. Gdyby wziąć medianę zamiast średniej ta kwota byłaby jeszcze niższa. Żeby uprościć założę że zdecydowana większość osób pracujących zarabia od 1000 do 2000, przyjmę więc za kwotę wyjściową zarobków statystycznego Polaka 1500 zł netto. Brutto czyli z podatkami ta kwota wynosi 2700 zł. Gdyby więc ten statystyczny Polak nie oddawał swoich ciężko zarobionych pieniędzy państwu miałby w kieszeni prawie dwa razy więcej. Mógłby więc kupić sobie 2 razy więcej, a jego stopa życiowa o tyle by wzrosła. Żeby było śmieszniej ten statystyczny biedny Polak musi tym jeszcze biedniejszym oddać zdecydowanie więcej niż te 1200 zł. W końcu kupując produkty lub usługi również płaci podatek – VAT, akcyzę i cło a do tego w cenę jest też wliczony podatek producenta czyli CIT i inne parapodatkowe opłaty. Kupowane produkty, gdyby nie musiał płacić podatków byłyby więc przynajmniej dwa razy tańsze – Mógłby więc sobie kupić nie dwa razy więcej produktów, ale w sumie 4 razy więcej produktów. Stopa życiowa rośnie diametralnie – mając 4 razy więcej wydanie paruset złotych na porządne ubezpieczenie zdrowotne i społeczne (prywatne) nie będzie stanowiło żadnego problemu. Jak zachoruje, jak się stanie kaleką czy roślinką i nie będzie mógł pracować i tak będzie mógł się utrzymywać ze swojego ubezpieczenia.

To jednak nie jedyny skutek tak odwróconej sytuacji – w końcu mając 4 razy więcej pieniędzy kupi 4 razy więcej produktów lub usług które ktoś musi wyprodukować i kogoś trzeba do tej produkcji zatrudnić. Pojawia się kolejny dochód – tego pracownika i tego producenta, które również pojawią się na rynku jako dodatkowa konsumpcja lub inwestycje.

Pozostaje się zrzucić na ochronę praw (prawa własności, nietykalności oraz przestrzegania zawieranych (dowolnie) umów), czyli na policję i sądy – ale to akurat bardzo niewielki koszt w porównaniu z obecnym.

To dość uproszczony schemat. Co zrobić z obecnym ZUSem i obecnymi emerytami i rencistami pisałam wcześniej.

Nie wszyscy w takim systemie będą bogaci i piękni, ale lepiej żeby 5% żyło w luksusie, 90% na „godnym” poziomie, a tylko 5% w biedzie, niż żeby 90% żyło w biedzie.

sobota, 16 maja 2009

House i jego przenikliwość

Religia to nie opium dla ludu. Religia to placebo dla ludu.

Mówi się, że nie można żyć bez miłości. Osobiście uważam, że ważniejszy jest tlen.

Racjonalizacje, to kłamstwa, które mówimy, by samemu poczuć się lepiej.

Religijność jest przejawem irracjonalnej wiary i bezpodstawnej nadziei.

Jestem skomplikowanym facetem. Czuję odrazę z wielu powodów.

Jest powód, dla którego ludzie kłamią - to działa. Pozwala społeczeństwu funkcjonować. To odróżnia człowieka od zwierzęcia.


wtorek, 12 maja 2009

polsko-duńska gwiazda

Caroline Wozniacki - przyszła polska gwiazda.
Ta tenisistka ma predyspozycje do tego, by już całkiem niebawem (za rok, góra 3 lata) być numerem 1 światowego kobiecego tenisa. Urodzona w Danii, mówiąca po polsku (rodzice są Polakami), z figurą modelki i radosnym podejściem do życia i tenisa będzie osobą, o którą walczyć będą największe koncerny. Nasza "Isia" zniknie w jej cieniu. Kto pierwszy wpadnie na pomysł, by zaproponować jej polskie obywatelstwo? ;-)

Ty... egoisto!

Jeżeli się przed czymś zapierasz nogami z całej siły, to znaczy, że próbujesz zagłuszyć swoją naturę. Dla większej jasności: jeśli oburza Cię to, że homoseksualiści demonstrują na ulicy walcząc np. o prawo do zawierania małżeństw, to powinieneś tego homoseksualizmu poszukać u siebie, ponieważ zapewne chciałby dojść do głosu, ale Twoje sumienie nie dopuszcza do siebie myśli o tym, że "to" mogłoby dotyczyć Ciebie.
Jeśli oburzasz się, gdy ktoś Cię nazwie egoistą (lub np. rasistą), wiedz, że egoistą (lub rasistą) jesteś, tylko Twoje sumienie nie chce się z tym pogodzić. Oburzenie to tylko mechanizm obronny ego.
Jeśli więc jakaś kwestia wywołuje u Ciebie nadmierne emocje - spójrz na nią z dystansu. Prawdopodobnie Twoja wola, która wcale nie jest wolna, lub natura, lub id lub popędy (jakkolwiek by tego nie nazwać) domaga się czegoś, czego Twoje sumienie (lub inaczej nazwane superego) ukształtowane w drodze wychowania, obejmujące normy moralne i społeczne (które są zawsze tylko umowne i sztuczne) nie akceptuje. Wtedy pojawia się konflikt, który może się objawić na różne sposoby. Zaprzeczenie istnieniu danego popędu u siebie to tylko jeden z mechanizmów obronnych.

Jak studiować?

"Jak" a nie "czy". Bo że studiować to oczywiste. Ale czy na pewno w wymiarze akademickim, czy może jednak "na własną rękę"?
Tutaj Alex pisze o tym kiedy i dlaczego warto podjąć formalne studia. Przeczytać powinien to każdy, kto planuje właśnie rozpoczęcie studiów licencjackich, magisterskich, czy podyplomowych. Ja ponad 10 lat temu zdecydowałam się na studia formalne. Gdybym jednak przeczytała to wcześniej, prawdopodobnie decyzja byłaby inna. Włożyłam trochę (nie za dużo, w sam raz jak na moją leniwą duszę) wysiłku w to aby się dostać na dzienne studia na renomowanej uczelni. Wyobrażałam sobie jak zmieni się mój świat, jakich inteligentnych ludzi tam poznam, jakich ciekawych rzeczy się nauczę. Rozczarowanie było tak silne jak moje oczekiwania.
Na studiach nauczyłam się jedynie jak przyswoić sobie odpowiednio dużą partię materiału w jedną noc i jak zdać kolokwium lub egzamin jeśli się ta sztuka (nauka w jedną noc) nie udała.
Studia nie okazały się tak całkiem bezwartościowe. Poznałam kilku ludzi, którzy mieli coś do powiedzenia. Przeczytałam masę książek, oczywiście z innej dziedziny niż wybrany kierunek studiów (i nie opracowań, ale materiałów źródłowych) i usunęłam parę klapek sprzed oczu (o czym można poczytać tu (ponownie na blogu Alexa)
To samo mogłabym jednak zrobić nie tracąc przy okazji czasu na uczenie się czegoś kompletnie nieprzydatnego.

poniedziałek, 20 kwietnia 2009

praca biurowa i prawdopodobieństwo

Szukam pracy biurowej. Chciałabym/chciałbym pracować w biurze.

Do tego załącznik w postaci rtf, formatowanie tekstu opanowane na poziomie 2 minus. W cv informacja o skończonych szkołach, w przypadku posiadania jakiegoś doświadczenia dodatkowo nazwa firmy i lata pracy. Zero informacji dotyczących wykonywanych zadań, zero informacji na temat tego co dana osoba chciałaby w tym biurze robić, jakie mieć stanowisko, czym się zajmować, jakie z tych potencjalnych obowiązków ma opanowane w praktyce, jakie w teorii itp.

Tego typu maili dostaję po kilka dziennie. Czasem więcej, czasem mniej.

Profesjonalne cv z listem motywacyjnym pojawia się może raz na 100 - 200 zgłoszeń. Muszę dodać, że nie poszukuję pracowników, a jeśli już to nie biurowych i ogłoszeń tego typu nie publikuję ani w gazetach ani w Internecie.

Zdarza mi się jednak takie maile przeglądać całkiem często, dlatego mogę z czystym sumieniem powiedzieć: tragedia.

To, jak konstruowane są aplikacje to jedna sprawa. Postaram się pokazać w najbliższym czasie jak pisać aplikację by została przez przedsiębiorcę zauważona, preczytana i by skutkowała zaproszeniem na rozmowę. Ale to za jakiś czas.

Dzisiaj poruszę inną kwestię. Prawdopodobieństwa.

Prawdopodobieństwo to kwestia niezwykle istotna dla osób poszukujących pracy biurowej. Dlaczego? Ponieważ prawdopodobieństwo otrzymania takiej pracy jest niewielkie. Każda firma musi coś sprzedawać: produkty lub usługi. Produkcja i sprzedaż to podstawa działalności firmy. Praca biurowa to administracja ewentualnie marketing, które tę podstawową działalność wspierają.

W praktyce wygląda to w ten sposób, że na jednego pracownika biurowego przypada kilku/nastu pracowników produkcyjnych oraz kilku/nastu sprzedawców.

A więc pracy w firmach dla pracowników biurowych jest kilkukrotnie mniej niż dla pracowników produkcyjnych lub handlowców. Maksymalnie 20% ofert pracy zatem to oferty dotyczące pracy biurowej.

Z drugiej strony najwięcej osób szukających pracy chciałoby otrzymać właśnie taką pracę - czyli za biurkiem. Odwrotnie patrząc - ofert pracy dla handlowców jest najwięcej, chętnych najmniej. Co to oznacza? Że najłatwiej dostać pracę handlowca, najtrudniej dostać pracę biurową. Z tą drugą pojawia się problem dodatkowy, ponieważ w związku z niewielkimi (najczęściej) wymaganiami wobec kandydatów dostają ją najczęściej osoby spokrewnione bądź znajomi pracodawcy (z racji tego, że wśród tych znajomych jest conajmniej 80% szukających właśnie takiej pracy). Ogłoszenia o poszukiwaniu pracownika typowo biurowego prawie się nie pojawiają, lub pojawiają się tylko po to by spełnić formalne warunki rekrutacji.

Biorąc pod uwagę, że podaż pracy w Polsce jest ok. 3 razy większy niż popyt na pracę, oraz to że ofert pracy biurowej wśród wszystkich jest ok 20%, a 80% wszystkich bezrobotnych szuka właśnie takiej pracy oszacowałam prawdopodobieństwo otrzymania takiej pracy: z moich wyliczeń wyszło, że wynosi ono okoł 10% (zakładam spory margines błędu ;-)). Czyli 1 osoba na 10 szukających pracy biurowej otrzyma ją.

A co z resztą? jeśli uparcie będzie szukać wyłącznie tego typu pracy i nie przyjmie innej - pozostanie bezrobotna. Być może do końca życia na garnuszku państwowym, na garnuszku męża, rodziców albo opieki społecznej. I na nic żale, że skończyło się wyższe studia, a pracy niet.

Chcesz się znaleźć wśród tych wszystkich jęczących i biednych, czy chcesz coś ze swoim życiem zrobić?

Anonimowa osobowość internetowa

Istnieją w Internecie narzędzia typu blogi, fora, gdzie można uzyskać względną anonimowość. Pojawił się też jednak trend prezentacji własnej osoby pod imieniem i nazwiskiem na portalach zawodowych typu Goldenline, LinkedIn czy Profeo.

Mój profil (jako właściciela firmy) jest jednocześnie wizytówką firmy na wspomnianych portalach. Miejsce idealne do tego by „sprzedać” samego siebie lub swoje produkty czy usługi. Na portalach tych człowiek sam staje się produktem. To poprzez publiczne wypowiedzi możemy przyciągnąć pracodawców, zleceniodawców, klientów. Ale też przy nieumiejętnym zarządzaniu własnym profilem możemy te same osoby do siebie zniechęcić.

Obecnie każdą osobę, z którą zamierzam współpracować „prześwietlam” w Internecie. Jeśli danej osoby nie znajduję w przestrzeni Internetowej jest ona również dla mnie niewidzialna na polu współpracy. Jeśli znajduję jej profil w Internecie (czy to blog pod własnym imieniem i nazwiskiem czy konto na Goldenline) to ma plus na wstępie. Ale taki profil podlega z automatu ocenie. Wypowiedzi publiczne dają obraz tego jak będzie wyglądać współpraca na tle zawodowym.

Wiem, że ja również jako dostawca podlegam podobnej ocenie moich klientów.

Nawet z pozoru niewinna pisanina może powodować moralnego kaca parę lat później. Pozostawianie Googlom negatywnego materiału o swojej osobie nie jest rozsądnym posunięciem a usunięcie własnych wypowiedzi nie jest takie proste jakby się wydawało.


Tak więc pojawia się potrójna osobowość: internetowa pod pseudonimem, gdzie możemy sobie pozwolić na więcej luzu i brak kontroli, ta internetowa ale obrandowana realnym imieniem i nazwiskiem i ta ze świata realnego – która najczęściej będzie formą pośrednią pomiędzy tą całkowicie kontrolowaną internetową i tą internetową pod pseudonimem.

Pytanie, która z tych osobowości najbardziej oddaje osobowość pierwotną, prawdziwą?

Ta niekontrolowana, ta nieokrzesana… moim zdaniem jest kluczem do poznania człowieka.

Jeśli człowiek pozostaje anonimowy pozwala sobie na wyrażanie poglądów nieakceptowalnych społecznie. Pozwala sobie na zachowanie nieakceptowalne społecznie. Taki człowiek nie zmienia swoich poglądów gdy jest identyfikowany. On wtedy ich tylko nie ujawnia z obawy o negatywne konsekwencje wypowiedzenia ich.

Sama jestem typowym outsiderem. Zostałam czarną owcą w rodzinie. Jestem leseferystką, twierdzę, że człowiek jest na wskroś egoistyczny a altruizm jest tylko pochodną egoizmu, uważam, że każdy ma prawo decydować o swoim ciele i swoim życiu (pod warunkiem że nie przekracza granicy wolności drugiego człowieka), uważam że... [i tu jeszcze wiele innych "uważam", lub "wiem" o czym jeszcze nie raz tu wspomnę ;-)]. Tego typu postaw nie jest w stanie zaakceptować przynajmniej 99% społeczeństwa.

Dlatego właśnie postanowiłam pisać tego bloga pod pseudonimem. Stopa Procentowa to moje prawdziwe JA.

O mnie/kontakt

Żyję i cieszę się życiem. Najbardziej cenię wolność.
Moim celem jest niezależność finansowa, która da mi możliwość NIC-NIE-ROBIENIA. A konkretniej robienia tego na co mi akurat przyjdzie ochota. Do tego czasu (pełnej niezależności finansowej) rozwijam swoją malutką, ale sympatyczną firmę.

Ten blog to zabawa, a jednocześnie coś w rodzaju notatnika dla mnie samej.

kontakt: stopaprocentowa @ poczta.onet.pl

Wiedza dla przedsiębiorców

Użyteczne artykuły dla osób zakładających działalność gospodarczą

Księgowość (PIT, VAT, ZUS)

Na początek antyksięgowość, czyli duży kawałek wiedzy o oszustwach podatkowych - ich charakterystyka, zalety i wady, poziom ryzyka, elementy ryzyka. Czy wiedzieliście, że w rozliczeniach z kościołem nie istnieje ryzyko kontroli krzyżowej? Skarbówka nie jest w stanie skontrolować finansów kościelnych.

Kajdany wolności

Kolejny łańcuszek. Tym razem dla pokolenia wychowanego w poprzednim systemie. Autor czuje się zniewolony - być może jego życie nie wygląda tak jakby sobie tego wymarzył. Brakuje mu wolności - dostrzega normy które wyznacza człowiek w celu ochrony ludzkości. I wyraża wobec nich sprzeciw. To forma buntu. Pytanie, czy cel ataku nie jest tylko przykrywką? Czy ten bunt nie powinien być skierowany na coś bardziej bliskiego, na uświadomienie czego nie pozwala moralność?

Autor nieznany:

Dorastaliście w latach szescdziesiątych,
siedemdziesiątych lub osiemdziesiątych...???
Jak, do cholery, udało się wam przeżyć???!!!


Samochody nie miały
pasów bezpieczeństwa,
ani zagłówków,
no i żadnych airbagów!!!

Na tylnym siedzeniu było wesoło,
a nie niebezpiecznie



Łóżeczka i zabawki były kolorowe
i z pewnością polakierowane
lakierami ołowiowymi
lub innym śmiertelnie groźnym g.ównem

Niebezpieczne były puszki,
drzwi samochodów.

Butelki od lekarstw i środków czyszczących
nie były zabezpieczone.
Można było jeździć na rowerze bez kasku.
A ci, którzy mieszkali
w pobliżu szosy na wzgórzu
ustanawiali na rowerach rekordy prędkości,
stwierdzając w połowie drogi,
że rower z hamulcem
był dla starych chyba za drogi...
.... Ale po nabraniu pewnej wprawy
i kilku wypadkach...
panowaliśmy i nad tym (przeważnie)!

Szkoła trwała do południa,
a obiad jadło się w domu.

Niektórzy nie byli dobrzy w budzie
i czasami musieli powtarzać rok.

Nikogo nie wysyłano do psychologa.
Nikt nie był hiperaktywny
ani dysklektykiem.

Po prostu powtarzał rok
i to była jego szansa.

Wodę piło się z węża ogrodowego
lub innych źródeł,
a nie za sterylnych butelek P.ET

Wcinaliśmy słodycze i pączki,
piliśmy oranżadę z prawdziwym cukrem
i nie mieliśmy problemów z nadwagą,
bo ciągle byliśmy na dworze i byliśmy aktywni

Piliśmy całą paczką oranżadę z jednej butli
i nikt z tego powodu nie umarł.

Nie mieliśmy Playstations,
Nintendo 64, X-Boxes,
gier wideo, 99 kanałów w TV,
DVD i wideo, Dolby Surround,
komórek, komputerów ani chatroom’ów w Internecie...
... lecz przyjaciół !

Mogliśmy wpadać do kolegów
pieszo lub na rowerze,

zapukać i zabrać ich na podwórko
lub bawić się u nich,
nie zastanawiając się, czy to wypada.

Można się było bawić do upojenia,
pod warunkiem powrotu do domu przed nocą.

Nie było komórek...

I nikt nie wiedział gdzie jesteśmy i co robimy!!!
Nieprawdopodobne!!!

Tam na zewnątrz, w tym okrutnym świecie!!!
Całkiem bez opieki!
Jak to było możliwe?

Graliśmy w piłę na jedną bramę,
a jeśli kogoś nie wybrano do drużyny,
to się wypłakał i już.
Nie był to koniec świata ani trauma.

Mieliśmy poobcierane kolana i łokcie,
złamane kości, czasem wybite zęby,
ale nigdy, NIGDY,
nie podawano nikogo z tego powodu do sądu!
NIKT nie był winien, tylko MY SAMI!

Nie baliśmy się
deszczu, śniegu ani mrozu.
Nikt nie miał alergii
na kurz, trawę ani na krowie mleko.
Mieliśmy wolność i wolny czas,
klęski, sukcesy i zadania.
I uczyliśmy się dawać sobie radę!


Pytanie za 100 punktów brzmi:
Jak udało się nam przeżyć???
A przede wszystkim:
Jak mogliśmy rozwijać naszą osobowość???

Też jesteś z tej generacji?

Jeśli tak, wyślij tego maila
do twoich rówieśników.
(Ale nie musisz, nic się nie stanie jak go olejesz ☺)
Niech sobie przypomną, jak było.
A inni niech zobaczą jak było…

Pewnie,
można powiedzieć,
że żyliśmy w nudzie, ale...…k.u.r.w.a,
przecież byliśmy szczęśliwi


sobota, 18 kwietnia 2009

Hegemon

"Stany Zjednoczone Hegemonem Świata" - powiedział dzisiaj Balcerowicz w wywiadzie w TVP Info.
USA pilnuje porządku na świecie - wykorzystując przewagę militarną. Coś jak Hitler w wymiarze państwowym. No i nie chce wytłuc wszystkich Żydów, tylko inne nacje.
Przesłanki do ataków zbrojnych Hitler miał również dobre. Każdy ma swoje usprawiedliwienie dla działań zbrojnych. Atakujący, atakowany i Hegemon.

piątek, 17 kwietnia 2009

Polska bez ZUSu

Scenariusz marzeń:

ZUS jako instytucja zostaje zlikwidowana.

Pieniądze na emerytury dla osób, które płaciły składki idą ze sprzedaży majątku ZUSu i służby zdrowia plus dodatkowych podatków (jeśli będzie potrzeba). Wypłaty emerytur przejmują urzędy skarbowe lub prywatne firmy ubezpieczeniowe.

Bieżące składki na ubezpieczenia zdrowotne, rentowe i emerytalne każdy ubezpieczony płaci tam gdzie chce - wybiera jedną z wielu konkurujących firm ubezpieczeniowych (ochrona zdrowia) i inwestycyjnych (emerytura).

Kończy się spirala płacenia ciągle na poprzednie pokolenia, każdy zaczyna o swoją emeryturę dbać inwestując pieniądze.

Dla przykładu: Osoba, która płaciła do tej pory co miesiąc ZUSowi składki w wysokości 1000 zł, przestaje płacić tę kwotę. Ubezpiecza się prywatnie:

Składkę zdrowotną płaci w wysokości 300 zł - w tym ma wszystko to co wcześniej obejmowało ZUSowskie ubezpieczenie zdrowotne, ale nie musi czekać miesiącami na zabieg, badania są robione od ręki, lekarze są uprzejmi itp.

500 zł inwestuje na emeryturę - przechodząc na emeryturę może żyć z odsetek, lub z samego kapitału, to co zostanie odziedziczą dzieci (obecnie jeśli się emerytury nie dożyje wszystko co się wpłaciło do ZUS przepada).

Zostaje jeszcze 200 zł, które może urząd skarbowy przejąć w ramach podatku na wypłatę emerytur z ZUS osobom, które zdążyły ZUSowi oddać znaczną część swojego wynagrodzenia.

Pracownicy ZUSu zostają zwolnieni (będą niepokoje społeczne, wzrośnie bezrobocie - część z nich jednak pracę znajdzie (m.in. w prywatnych firmach ubezpieczeniowych), może nawet założy własną firmę i obie te grupy przyczynią się do wzrostu PKB i tym samym spowodują że w dłuższym okresie zapotrzebowanie na pracowników i tak wzrośnie). W związku ze zwolnieniami pracowników mamy miliardy zaoszczędzonych pieniędzy.

Majątek trwały ZUSu prywatyzujemy - a wiemy, że to niemały majątek - mamy dodatkowy przychód ze sprzedaży majątku (na wypłaty dla obecnych emerytów) plus oszczędności z tytułu braku konieczności utrzymywania tego majątku.

Cała służba zdrowia zostaje sprywatyzowana - i tak ochronę zdrowia przejmą ubezpieczenia prywatne - a skoro tak, to znowu się pojawiają miliardy na wypłaty na emerytury…

W takim scenariuszu:

sytuacja obecnych emerytów i rencistów odnośnie ich wypłacanych świadczeń nie zmienia się (na te wypłaty są pieniądze z prywatyzacji plus niewielkiego dodatkowego podatku).

Sytuacja obecnych emerytów i rencistów odnośnie ich możliwości leczenia rośnie - za taką samą cenę mają ubezpieczenie prywatne.

Sytuacja obecnie pracujących i płacących składki - odnośnie możliwości leczenia - jak wyżej. Odnośnie emerytur - w końcu mogą te pieniądze zainwestować a nie oddawać na emerytury swoich rodziców. To co zdążyli “odłożyć” w ZUSie dostaną na emeryturze. Oczywiście im dłużej te składki płacili tym gorzej dla nich, bo tym większa część emerytury będzie ZUS-owska a tym mniej zgromadzą odkładając (inwestując) na zdrowych rynkowych zasadach.

W efekcie: jakość służby zdrowia poprawia się, wysokość przyszłych emerytur znacząco rośnie, dochody emerytów rosną, koszty pracy maleją, zatrudnienie rośnie, gospodarka kwitnie i Polska staje się tygrysem Europy

czwartek, 16 kwietnia 2009

Manifest Palikota

"każde rozwiązanie jest dobre, z wyjątkiem jednego: nicnierobienia..."

Tak pisze Janusz Palikot w swoim Manifeście zawierającym pomysły na ratowanie gospodarki.

Zaczyna od banków. Wychodzi z założenia, że banki powinny być zachęcane do większej akcji kredytowej dla biznesu. Jak je do tego nakłonić? Janusz Palikot wymienia 3 główne elementy:

  • kuszenie niższymi podatkami od dochodów banków
  • obniżenie stopy rezerwy bankowej
  • poszerzenie gamy aktywów zabezpieczających transakcje

Kontrowersyjny pierwszy punkt: niższe podatki dla wybranej grupy to społeczna nierówność szans.

Pozostałe pomysły - ciekawe. Liberalizacja prawa w działalności bankowej to kierunek wolnościowy czyli dobry. Pod warunkiem, że równie wolnościowo nastawieni będziemy w sytuacji gdy banki będą upadały. Jeśli będą utrzymywane przy życiu (dotowane przez państwo) mimo złego zarządzania i oceny ryzyka udzielanych kredytów, to ja jednak jestem przeciwna liberalizacji prawa w kwestii zabezpieczeń udzielanych kredytów.


Zupełnie inna kwestia to czy faktycznie zwiększona akcja kredytowa jest najlepszym rozwiązaniem na pobudzenie gospodarki... Nigdy nie byłam zwolennikiem teorii popytowej. Nawet gdyby przyjąć że pobudzamy w ten sposób akcję kredytową na inwestycje, a nie konsumpcję, to pojawia się pytanie: czy koszty wynikające z mieszania w podatkach (w zależności od typu przedsiębiorstwa i innych przesłanek (np. liczy udzielonych kredytów) nie przewyższą korzyści z takiej operacji?


piątek, 10 października 2008

mrrrauuu

Jestem potworem. 
Może ktoś powie - BEZ DUSZY 
Może ktoś szepnie - BEZ SUMIENIA. 
Kolejny - BEZ-WZGLĘDNA
Taka właśnie jestem. 
Zabijam mentalnie. Ale tylko wtedy gdy muszę.  

NNR

Chciałabym móc nic-nie-robić. Nie wiem, czy faktycznie uprawiałabym wtedy zawodowe lenistwo na plaży pełnej zielonych roślinek, czy jednak wybrałabym ryzyko, ruch i wielkie emocje...

Stan nic-nierobienia można osiągnąć tylko w jeden sposób: jest nim sprawny obrót gotówką - na tyle sprawny by mieć pełne konto. Problem w tym, że chcąc zdobyć na przykład milion zł. pozwalający na leżenie plackiem z lufą w pysku, trzeba się trochę natrudzić, a trud ten jest zależny od ilości gotówki na starcie.

Szybciej, lub z mniejszym wysiłkiem do miliona dojdzie ten co ma pół miliona niż ten co ma tysiąc. Ten co ma same długi będzie miał jak osioł pod górkę. Ale co tam górka dla osła przy wizji siana i wody?

Byłam, jestem nadal tym osłem, co to jednak prze naprzód.
Cel na horyzoncie: NNR, czyli NIC-NIE-ROBIENIE.